Blog Jobexpress.pl

17 lis, 2009

Wyprawa na inną planetę, cz.1

Zamieszczony przez: Michał Puczyński w: Poradnik poszukiwacza pracy

Przygody na saksach opisuje nasz anonimowy czytelnik.

Niedawno wróciłem z Wysp. Pojechałem tam oczywiście do pracy – w ciemno, nie mając narajonej roboty ani zapewnionego mieszkania. W portfelu trzymałem głównie drobne i zdjęcia rodziny. A jednak nie byłem jednym z naiwniaków, którzy, choć nie znają ani słowa w obcym języku, pchają się za granicę, gdzie przeżywają czołowe zderzenie z rzeczywistością. Oto historia wyprawy na inną planetę. Może przydać się komuś, kto ma nadzieję szybko dorobić się na saksach.

by jinja ninja

foto: Jinja Ninja


W podróż wyruszyłem z żoną – oboje mieliśmy jako taką wprawę w posługiwaniu się lengłydżem i dużo dobrych chęci. Skoro innym się udało, czemu mielibyśmy być gorsi, right? Mieszkanie znaleźliśmy szybko i nie było to zbyt trudne – wystarczyło wejść do kafejki internetowej, znaleźć coś do wynajęcia i zadzwonić do landlorda. Tanio nie było, ale ten, kto liczy na niedrogie lokum w UK, musi być ogromnym optymistą. W każdym razie – jak dotąd wszystko wyglądało jak najlepiej – rozpakowaliśmy manatki, zaczęliśmy szukać pracy, a w kieszeni zostało jeszcze trochę groszą (a konkretniej – ok. 700 funtów).

Następnym krokiem było wypytanie tambylców o metody szukania pracy, bo te, jak się okazało, nieco się różnią od polskich (czyli “idź do teścia, może coś załatwi”). Zaznaczmy w tym miejscu, że razem z małżowiną postanowiliśmy trzymać się z dala od polactwa, które rozpleniło się w UK, szerząc nasze najgorsze obyczaje. Wiecie, że Polaka w Anglii łatwiej usłyszeć niż zobaczyć? To dlatego, że “słowa przestankowe” wykrzykuje się tam znacznie głośniej niż w kraju. Pewnie wszyscy uważają, że nikt ich nie rozumie. No cóż, nie chciałem naszych zacnych rodaków wyprowadzać z błędu, toteż przechodząc obok zawsze udawałem, że jestem rodowitym Anglikiem. Pewni szczerbaci dżentelmeni ze Śląska do dziś nie wiedzą, że przez rok mieli krajana za sąsiada.

Wracając do sedna – w UK pracy szukaliśmy przez JobCentre, czyli tamtejszy urząd pracy. Znajome? Może. Tylko że u nich ta instytucja posiada zarówno prezencję, prestiż, jak i wysoką skuteczność. Zapomnijcie o kolejkach i wielomiesięcznym wyczekiwaniu. To działa tak: wchodzicie do oddziału, na komputerowym terminalu znajdujecie oferty pracy, drukujecie je i korzystacie z darmowego telefonu, by umówić się na rozmowy kwalifikacyjne. Po kwadransie miałem ustalone dwa spotkania.

Szybko okazało się jednak, że życie w UK nie jest tanie. Nawet rezygnując z podstawowych przyjemności, takich jak butelka coli, straci się fortunę – np. na jazdę autobusem. Dla przeciętnego Polaka bilety będą wydawały się niedorzecznie drogie. Choć wygoda podróżowania nowoczesnym “piętrusem” jest nieskończona, fakt pozostaje faktem: jeżdżąc na spotkania z rekruterami, srogo się wykosztujesz.

Po kilku dniach podróżowania od firmy do firmy zaczęliśmy się martwić. Pracy jeszcze nie było, a oszczędności topniały w oczach. Najtańsza żywność z Tesco też nie wpływała dobrze na nasze nastroje… Choć tu akurat trzeba przyznać, że jeśli chcesz stołować się tanio, to w Brytanii nic nie stoi na przeszkodzie – pod warunkiem, że masz wyrozumiałe podniebienie. Fundusze były jednak pożerane przez rachunki (które musieliśmy opłacić z góry za kilka tygodni) czy konieczność dokupienia paru ubrań (nie macie pojęcia, jak bardzo wietrzny i wilgotny to kraj).

by Meri Tosh

Najobrzydliwsze pożywienie na świecie; foto: Meri Tosh

Doszliśmy zatem do punktu, w którym będąc bez pracy zaczęliśmy zastanawiać się, czy nie wydać reszty pieniędzy na bilet powrotny do Polski. To jednak oznaczałoby nieopisaną porażkę. I tak, w pewną niedzielę, wieczorem, ekstremalnie zmotywowany do znalezienia pracy, natrafiłem w Internecie na ogłoszenie o stanowisku w prowadzonym przez Armię Zbawienia domu starców. Chwyciłem za telefon i nie zważając na porę zadzwoniłem, by wypytać o szczegóły. Odebrała pani o imieniu Louise, która udzieliła mi informacji w sposób tak miły i uprzejmy, że moja motywacja wybiła dziurę w suficie. Następnego ranka obudziłem się gotów do działania, instynktownie czując że Salvation Army to właśnie to, czego szukałem. Miałem świadomość, że proces rekrutacji potrwa, ale wiedziałem, że warto czekać.

I wtedy zadzwonił telefon. Ktoś z agencji pracy informował nas, że możemy zostać zatrudnieni w fabryce. Od zaraz.

C.D.N.

Podobne wpisy:

dodajdo Dodaj do Kciuk.pl
blog comments powered by Disqus

Jesteśmy też na...

Blip  Facebook  Twitter  Sypacz  Flaker  Buzz  Profeo  Youtube  

O blogu Jobexpress

Praca w wydaniu niestresującym - dla bezrobotnych, robotnych i studentów. Dostarczamy informacje, opinie i komentarze. Od humoru też nie stronimy. Sekcja portalu pracy Jobexpress.pl.

Ankieta

Czy zdarza Ci się przespać w pracy?

Zobacz wyniki

Loading ... Loading ...

Jobexpress na Blipie

Jobexpress na Facebook