07 sty, 2010
Wyprawa na inną planetę: Angielskie śniadanie
Zamieszczony przez: Michał Puczyński w: Poradnik poszukiwacza pracy
W poprzednim odcinku: przegląd rezydentów domu (nie)spokojnej starości.
Na umycie i ubranie podopiecznych mieliśmy jakąś godzinę. Wszystko odbywało się w obłąkańczym pośpiechu, ponieważ z czterdziestu dwóch rezydentów ponad dwudziestu potrzebowało asysty. Podzielcie tę dwudziestkę między troje czy czworo asystentów, a wyjdzie wam, że musiałem pięć lub sześć razy przeprowadzić poranną toaletę w ciągu pięćdziesięciu minut.
foto: isubiker
To nie było trudne. To było niemożliwe i wiedzieli o tym nawet weterani, pracujący na miejscu z górą dwadzieścia lat. Na dodatek mnie, jako nowemu, wciskano najbardziej problematycznych staruszków, m.in. Johna, mającego ledwie sześćdziesiątkę, ale cierpiącego na głęboką demencję wskutek urazu głowy. Dla niego przejście z łóżka do łazienki było wyzwaniem – wykładzina w toalecie miała inny kolor niż ta w sypialni, a mózg Johna nie mógł sobie z takimi rzeczami poradzić. Bał się, że spadnie w przepaść…
Wprowadzenie go do łazienki było wyjątkowo ciężką sprawą, a ja miałem na to – i na umycie go, ogolenie i przebranie, przy współpracy obejmującej maksymalnie podniesienie ręki czy nogi – jakieś dziesięć minut. Z tej przyczyny nikt nie chciał się nim zajmować. Sam nigdy się nie spieszyłem, za co mnie lubił (kiedy już nauczył się mnie rozpoznawać), choć pozostali podopieczni opierniczali mnie za wynikłe z tego spóźnienia. Zakończmy na tym, że generalnie Johnny był bardzo miłym facetem, tylko niesamowicie powolnym. Trzeba się było z tym pogodzić, co przerastało możliwości większości ekipy.
A czy wspomniałem już o najgłupszym wynalazku wszech czasów i dowodzie ewidentnego zacofania Brytanii względem cywilizowanego świata? Czyli o ich kranach. W Polsce (i chyba na całej kuli ziemskiej, nawet w igloo i domkach z pędów bambusa) montowane są dwa rodzaje kranów: albo z dwoma pokrętłami, albo z wajchą do regulacji ciśnienia i temperatury. Ale nie na wyspach. Tam nad każdą umywalką mają dwa krany z pojedynczymi kurkami. Oznacza to, że z jednej rury będzie lecieć woda gorąca jak piekło, a z drugiej lodowata. Założenie jest chyba takie, by nalać sobie trochę ciepłej i zimnej do zlewu, ale to jest czasochłonne, niehigieniczne i ogólnie bzdurne. W każdym razie…
foto: peasap
Z toaletą trzeba było się spieszyć, bo śniadanie zaczynało się punkt szósta, a jeżeli istnieje jedna rzecz, której nienawidzą szkoccy staruszkowie, to są nią zimne tosty. (Drugą jest herbata bez mleka, więc jeśli w ferworze walki zapomniało się o dolaniu go do filiżanki, trzeba było mieć refleks by się przed wracającą filiżanką uchylić). W międzyczasie należało podawać talerze z pieczarkami, puddingiem (to taka kaszanka), jajecznicą i fasolą (może nie brzmi to zbyt dobrze, ale zaręczam – brytyjskie śniadania to najlepsza rzecz na świecie). I przygotowywać kanapki. I nalewać kawy. I sprzątać po tych, co brudzą. I odprowadzać tych, którzy skończyli. I przebierać tych, co się w międzyczasie posikali. Albo gorzej.
Po śniadaniu mieliśmy piętnastominutową przerwę – gdyby nie ona, ci co się starali (tzn. ja) prawdopodobnie umarliby ze zmęczenia. A to był dopiero początek dnia. Żeby dać wam lepszy pogląd na to, jak męcząca jest robota w domu starców: dzięki niej w miesiąc schudłem 10 kg i musiałem kupić nowe spodnie, bo dotychczasowe nie chciały się trzymać na tyłku. Ale nic to, bo zakupy, nawet ubraniowe, na edynburskiej Princes Street są znakomitą rozrywką. I mówi to człowiek, który nienawidzi chodzenia po sklepach.
Więcej o tym, jak i o wyzwaniach związanych z opieką nad starszymi, przeczytacie w nastepnym odcinku.
Podobne wpisy:



Jesteśmy też na...