<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<rss version="2.0"
	xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/"
	xmlns:wfw="http://wellformedweb.org/CommentAPI/"
	xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/"
	xmlns:atom="http://www.w3.org/2005/Atom"
	xmlns:sy="http://purl.org/rss/1.0/modules/syndication/"
	xmlns:slash="http://purl.org/rss/1.0/modules/slash/"
	>

<channel>
	<title>Blog Jobexpress.pl &#187; anglia</title>
	<atom:link href="http://blog.jobexpress.pl/tag/anglia/feed/" rel="self" type="application/rss+xml" />
	<link>http://blog.jobexpress.pl</link>
	<description>Rynek pracy bez tajemnic. Nowości, informacje, porady</description>
	<lastBuildDate>Wed, 28 Jul 2010 14:25:09 +0000</lastBuildDate>
	<generator>http://wordpress.org/?v=2.9.2</generator>
	<language>en</language>
	<sy:updatePeriod>hourly</sy:updatePeriod>
	<sy:updateFrequency>1</sy:updateFrequency>
			<item>
		<title>Wyprawa na inną planetę: Jak wkręcić się do pracy</title>
		<link>http://blog.jobexpress.pl/2009/12/11/wyprawa-na-inna-planete-jak-wkrecic-sie-do-pracy/</link>
		<comments>http://blog.jobexpress.pl/2009/12/11/wyprawa-na-inna-planete-jak-wkrecic-sie-do-pracy/#comments</comments>
		<pubDate>Fri, 11 Dec 2009 09:40:12 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Michał Puczyński</dc:creator>
				<category><![CDATA[Poradnik poszukiwacza pracy]]></category>
		<category><![CDATA[anglia]]></category>
		<category><![CDATA[armia zbawienia]]></category>
		<category><![CDATA[emigracja]]></category>
		<category><![CDATA[saksy]]></category>
		<category><![CDATA[uk]]></category>
		<category><![CDATA[zmywak]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://blog.jobexpress.pl/?p=1112</guid>
		<description><![CDATA[W poprzednim odcinku: procedura wprowadzania chaosu w brytyjskiej fabryce żarcia.
Zbliżały się święta. Pieniądze zarobione w fabryce żarcia pozwalały dożyć do nowego roku. Nie było źle. Zwłaszcza, że zaproszono nas na rozmowę kwalifikacyjną do upatrzonego domu starców.

 


Miejsce wydawało się idealne: ciepłe (jeżeli pracujesz w chłodni przez osiem godzin dziennie, ta cecha ma spore znaczenie), eleganckie, [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p style="text-align: justify;"><em><a href="http://blog.jobexpress.pl/2009/12/02/wyprawa-na-inna-planete-polakow-zdolnosci-organizacyjne/" target="_blank">W poprzednim odcinku</a>: procedura wprowadzania chaosu w brytyjskiej fabryce żarcia.</em></p>
<p style="text-align: justify;"><strong>Zbliżały się święta. Pieniądze zarobione w fabryce żarcia pozwalały dożyć do nowego roku. Nie było źle. Zwłaszcza, że zaproszono nas na rozmowę kwalifikacyjną do upatrzonego domu starców.<br />
</strong><br />
<strong> </strong></p>
<p style="text-align: center;"><img class="size-full wp-image-1113 aligncenter" style="border: 10px solid black;" title="Salvation Army Logo" src="http://blog.jobexpress.pl/wp-content/uploads/2009/12/Salvation-Army-Logo-217x234-custom.jpg" alt="Salvation Army Logo" width="217" height="234" /></p>
<p style="text-align: justify;">
<p style="text-align: justify;"><strong>Miejsce wydawało się idealne</strong>: ciepłe (jeżeli pracujesz w chłodni przez osiem godzin dziennie, ta cecha ma spore znaczenie), eleganckie, ciche i spokojne. Rekrutację prowadziły dwie ekstremalnie miłe, po angielsku uprzejme panie &#8211; przełożone wszystkich opiekunów w placówce. Spotkanie złożyło się z dwóch etapów: rozmowy i wypełniania formularzy. W obu przypadkach pytania dotyczyły podejścia do zawodu &#8220;care assistanta&#8221;. I tutaj z żoną zastosowaliśmy drastycznie odmienne podejście: mianowicie ona była szczera do bólu, a ja&#8230;<span id="more-1112"></span></p>
<p style="text-align: justify;"><strong>&#8230;a ja postanowiłem przekonać miłe panie, że żyję po to, by pomagać innym</strong>. Nie zrozumcie mnie źle &#8211; nie jestem chamem, co nie ustępuje staruszkom w autobusie. Nawet kiedyś zrobiło się coś wolontaryjnie. Ale tak się składa, że nigdy nie marzyłem o karierze dobroczyńcy pomagającego w budowie afrykańskich wiosek. Co innego można było wywnioskować z moich odpowiedzi. Choć prawdę rzekłszy, to największe wrażenie zrobiła informacja, że w Polsce sami opiekujemy się starszymi &#8211; bo w UK domów opieki jest jak mrówków.</p>
<p style="text-align: justify;"><strong>Żona poszła w inną taktykę.</strong> Przyznała, że chodzi jej głównie o zarobek, kiedy ja w tym temacie nawet się nie zająknąłem. Zgadniejcie, kto dostał pracę.</p>
<p style="text-align: justify;"><strong>Najpierw, wraz z dwoma paniami</strong><strong> zatrudnionymi w tym samym czasie</strong><strong>, musiałem przejść szkolenie. </strong>O tym, jak należy podnosić starsze osoby, w jaki sposób do nich mówić, jak przebierać te, które nie mogą wstać, jak obsługiwać rozmaite urządzenia rehabilitacyjno-wspomagające, jak zachowywać się w określonych sytuacjach&#8230; Słowem &#8211; podstawy.<br />
<strong> </strong></p>
<p style="text-align: justify;"><strong>Właściwą pracę szczęśliwym trafem zacząłem jako pierwszy z zatrudnionych</strong> &#8211; o dwa tygodnie wcześniej niż reszta. Nikt z naszej trójki nie pracował na etat. Mieliśmy być wzywani, kiedy zachodziła potrzeba. Z początku martwiłem się, czy w ten sposób wypracuję wystarczająco wiele godzin, by dostać rozsądną wypłatę, ale szybko okazało się, że w domu starców dodatkowa para rąk potrzebna jest w zasadzie zawsze. Bywało, że miesięcznie odpracowywałem po dwieście godzin, choć takie tempo męczyło i następnego miesiąca trzeba było się trochę poobijać. Bo praca w domu starców nie jest tak lekka, na jaką może wyglądać.</p>
<p><em>Ale o tym w następnym odcinku&#8230;</em></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://blog.jobexpress.pl/2009/12/11/wyprawa-na-inna-planete-jak-wkrecic-sie-do-pracy/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Wyprawa na inną planetę: Polaków zdolności organizacyjne</title>
		<link>http://blog.jobexpress.pl/2009/12/02/wyprawa-na-inna-planete-polakow-zdolnosci-organizacyjne/</link>
		<comments>http://blog.jobexpress.pl/2009/12/02/wyprawa-na-inna-planete-polakow-zdolnosci-organizacyjne/#comments</comments>
		<pubDate>Wed, 02 Dec 2009 08:55:44 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Michał Puczyński</dc:creator>
				<category><![CDATA[Poradnik poszukiwacza pracy]]></category>
		<category><![CDATA[anglia]]></category>
		<category><![CDATA[emigracja]]></category>
		<category><![CDATA[praca]]></category>
		<category><![CDATA[saksy]]></category>
		<category><![CDATA[szkocja]]></category>
		<category><![CDATA[uk]]></category>
		<category><![CDATA[wielka brytania]]></category>
		<category><![CDATA[wyjazd]]></category>
		<category><![CDATA[zmywak]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://blog.jobexpress.pl/?p=1073</guid>
		<description><![CDATA[W poprzednim odcinku: praca w brytyjskiej fabryce jedzenia do łatwych nie należy.

Kiedy oficjalnie zapowiedziano, że większość z nas pójdzie na bruk, w fabryce wybuchło coś w rodzaju cichej paniki.

 


Pamiętacie kolorystyczny podział roboli? My byliśmy biali, nad nami stali czerwoni, potem żółci&#8230; Jako że niektórzy Polacy mieli czerwone kaski, byli uważani za ludzi z wpływami, [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p style="text-align: justify;"><em><a href="http://blog.jobexpress.pl/2009/11/24/wyprawa-na-inna-planete-cz-2-jak-kurczak-w-masle/" target="_blank">W poprzednim odcinku:</a> praca w brytyjskiej fabryce jedzenia do łatwych nie należy.</em></p>
<p style="text-align: justify;">
<p style="text-align: justify;"><strong>Kiedy oficjalnie zapowiedziano, że większość z nas pójdzie na bruk, w fabryce wybuchło coś w rodzaju cichej paniki.<br />
</strong><br />
<strong> </strong></p>
<p style="text-align: center;"><img class="size-full wp-image-1074 aligncenter" style="border: 10px solid black;" title="orzel1" src="http://blog.jobexpress.pl/wp-content/uploads/2009/12/orzel1-202x259-custom.jpg" alt="orzel1" width="202" height="259" /></p>
<p style="text-align: justify;">
<p style="text-align: justify;"><strong>Pamiętacie kolorystyczny podział roboli? </strong>My byliśmy biali, nad nami stali czerwoni, potem żółci&#8230; Jako że niektórzy Polacy mieli czerwone kaski, byli uważani za ludzi z wpływami, których względy mogą zadecydować o pozostaniu w firmie (bzdura). Po rozgłoszeniu wiadomości o redukcji zatrudnienia rozpoczęło się powszechne lizanie ich siedzeń. Mistrzynią w nowym sporcie okazała się dziewoja, która w ciągu kilku godzin związała się uczuciowo z facetem uważanym za największą szychę wśród czerwonych.</p>
<p style="text-align: justify;"><strong><span id="more-1073"></span>Zieloni również nie próżnowali i wymyślili, jak na odchodnym zmotywować nas do lepszej pracy. </strong>Zorganizowali zawody. Dwie taśmy pracowały nad tym samym produktem. Bardziej efektywna załoga miała zwiększyć swoje szanse na pozostanie w pracy. A jeżeli którakolwiek nie wyrobiłaby normy (specjalnie z tej okazji podniesionej) &#8211; z miejsca wymaszerowałaby za bramę zakładu. Na ten pomysł Polacy również zareagowali paniką, tyle że głośną.</p>
<p style="text-align: justify;"><strong>Nagle w każdym z nich obudził się organizatorski duch. </strong>A to znaczy, że każdy miał milion pomysłów na usprawnienie pracy i chciał kierować grupą. Rezultat: pierwsza osoba niedorzecznie szybko wykładała tacki, druga starała się wypełnić każdą w całości, trzecia uważała, że każdy powinien wypełniać je w jak najmniejszym stopniu, czwarta &#8211; że połowę tacek trzeba przepuszczać, a potem je zbierać i odsyłać na początek&#8230; A na końcu taśmy stałem sobie ja i nie robiłem nic, bo w tym chaosie po pięciu minutach mieliśmy zator na taśmie, zapchanie maszyny pakującej, w efekcie zatrzymanie produkcji (każdą sekundę, w której taśma nie pracowała, wyceniano na pięć funtów straty), niewyrobienie nawet standardowej normy (co dopiero mówić o podwyższonej) i gigantyczną kłótnię. Tak właśnie działamy my, Polacy. Nasi przeciwnicy &#8211; bodajże Rumuni &#8211; bez pośpiechu, milcząco, konsekwentnie wypełniali tacki i uzyskali znakomity wynik. Lepiej nie zastanawiać się, co o nas myśleli.<br />
<strong></p>
<p style="text-align: justify;">Mimo awantury i srogiego OPR-u nie zwolniono nas, ale miałem to gdzieś. </strong>Od początku nie chciałem tam pracować. Kolejny dzień opuściłem, by pójść na próbną dniówkę do kuchni w eleganckim hotelu (zaliczyłem śpiewająco &#8211; nawet małpa by zaliczyła; dopiero potem powiedzieli mi, że w zasadzie nie potrzebują pracownika). Parę dni później miałem rozmowę kwalifikacyjną w fabryce leków, której szefowa podała mi błędny adres, w wyniku czego przybyłem spóźniony o pół godziny, co postawiło mnie na przegranej pozycji. Na szczęście rekrutacja do domu starców jeszcze trwała, więc razem z żoną wypełniliśmy dokumenty i popędziliśmy zdać je w ładnie wyglądającym budynku, należącym do Armii Zbawienia.<br />
<em><strong><br />
C.D.N.</strong></em></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://blog.jobexpress.pl/2009/12/02/wyprawa-na-inna-planete-polakow-zdolnosci-organizacyjne/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Wyprawa na inną planetę, cz. 2: Jak kurczak w maśle</title>
		<link>http://blog.jobexpress.pl/2009/11/24/wyprawa-na-inna-planete-cz-2-jak-kurczak-w-masle/</link>
		<comments>http://blog.jobexpress.pl/2009/11/24/wyprawa-na-inna-planete-cz-2-jak-kurczak-w-masle/#comments</comments>
		<pubDate>Tue, 24 Nov 2009 09:54:56 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Michał Puczyński</dc:creator>
				<category><![CDATA[Poradnik poszukiwacza pracy]]></category>
		<category><![CDATA[anglia]]></category>
		<category><![CDATA[emigracja]]></category>
		<category><![CDATA[fabryka]]></category>
		<category><![CDATA[saksy]]></category>
		<category><![CDATA[uk]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://blog.jobexpress.pl/?p=1002</guid>
		<description><![CDATA[W poprzednim odcinku: nasz anonimowy czytelnik wraz z żoną wyjeżdża do Szkocji, gdzie ma nadzieję znaleźć pracę. Gdy pieniądze zaczynają się kończyć, znajduje idealną ofertę &#8211; zatrudnienie w domu starców. W tym samym czasie odzywa się agencja pracy, oferując posadę w fabryce żywności&#8230;
 
Z żalem, ale jednak zdecydowaliśmy się podjąć pracę w fabryce. Powód? Money, [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p style="text-align: justify;"><em><a href="http://blog.jobexpress.pl/2009/11/17/wyprawa-na-inna-planete-cz-1/" target="_blank">W poprzednim odcinku</a>: nasz anonimowy czytelnik wraz z żoną wyjeżdża do Szkocji, gdzie ma nadzieję znaleźć pracę. Gdy pieniądze zaczynają się kończyć, znajduje idealną ofertę &#8211; zatrudnienie w domu starców. W tym samym czasie odzywa się agencja pracy, oferując posadę w fabryce żywności&#8230;<strong><br />
</strong></em><strong> </strong></p>
<p style="text-align: justify;"><strong>Z żalem, ale jednak zdecydowaliśmy się podjąć pracę w fabryce. Powód? Money, money, money. Potrzebowaliśmy forsy od zaraz. Zbliżało się Boże Narodzenie i nie chcieliśmy świętować go przy kromce suchego chleba. Który &#8211; zapamiętajcie to sobie &#8211; u Brytoli jest obrzydliwy.</strong></p>
<p style="text-align: justify;">
<p style="text-align: justify;"><strong>Nasza pierwsza zmiana miała być zmianą popołudniową. </strong>Zacząć mieliśmy o drugiej, skończyć po dziesiątej. Po pierwszej wyszliśmy z domu, nie spiesząc się zbytnio, jako że fabryka leżała w zasięgu półgodzinnego spaceru. Nie był to spacer krótki ani lekki, biorąc pod uwagę morko-zimno-paskudne warunki pogodowe, ale liczył sie każdy &#8220;pi&#8221; (czyli pens w slangu tambylców) zaoszczędzony na autobusie. Gdy doszliśmy na miejsce, mimo młodej godziny było dość ciemno. I smrodliwie. Nie macie pojęcia, jakie zapachy unoszą się na terenie fabryki jedzenia. Powiedzmy, że z jedzeniem nie mają wiele wspólnego.</p>
<p style="text-align: justify;">
<p style="text-align: center;"><img class="size-full wp-image-1003 aligncenter" style="border: 10px solid black;" title="by micora" src="http://blog.jobexpress.pl/wp-content/uploads/2009/11/by-micora-360x191-custom.jpg" alt="by micora" width="360" height="191" /></p>
<h6 style="text-align: center;">foto: micora</h6>
<p style="text-align: justify;">
<p style="text-align: justify;">
<p style="text-align: justify;"><strong>Jeszcze w stróżówce dostaliśmy karty magnetyczne, a szefo z polskiej agencji zabrał nas na wycieczkę </strong>do magazynu, gdzie dostaliśmy: siatkę na włosy, fartuch za duży o dwa rozmiary, gumiaki za duże o dwa rozmiary i kask w kolorze białym. Kolorystyka okazała się ważna, jako że umiejscawiała nas w hierarchii fabrycznych roboli. Biali byli od &#8211; jak się miało okazać &#8211; najgorszej roboty. Jakiej? O tym za chwilę. Nad nami stali czerwoni, którzy mogli nas opieprzyć, bo teoretycznie szefowali drużynom białych, ale w gruncie rzeczy byli takimi samymi popychadłami. Wydawało się, że to stanowiska stworzone specjalnie dla Polaków, bo większość piastowały właśnie nasze orły.<span id="more-1002"></span></p>
<p style="text-align: justify;">
<p style="text-align: justify;"><strong>Nad czerwonymi stali żółci. </strong>Z żółtymi już nie było żartów &#8211; sami Szkoci, w dodatku z autorytetem. O wredności niektórych krążyły legendy, choć nasz żółty &#8211; grubasek Alan &#8211; okazał się przesympatycznym gościem, do szaleństwa rozkochanym w brzmieniu słowa &#8220;wariatka&#8221;.</p>
<p style="text-align: justify;">
<p style="text-align: justify;"><strong>Szefami naszego szefa byli zieloni.</strong> Oni kontrolowali procesy produkcji: sprawdzali, czy komuś zbyt dużo żarcia nie upada na glebę, i ogólnie stwarzali dość nieprzyjemne wrażenie. Byli jeszcze niebiescy, którzy zajmowali się wtykaniem termometrów w co popadnie, aby upewnić się, czy jedzenie ma odpowiednią temperaturę (jeśli nie &#8211; wyjazd na śmietnik). No i czarni, czyli śmietanka śmietanki, prawdopodobnie sam zarząd od czasu do czasu sprawdzający, jak się powodzi niewolnikom.</p>
<p style="text-align: justify;">
<p style="text-align: justify;"><strong>Sama praca była całkiem prosta. </strong>Drużyna złożona z około dziesięciu chłopa (i baby) miała przydzieloną taśmę produkcyjną. Pierwsza osoba wykładała tacki. Druga ładowała nań parówki. Trzecia szynkę. Czwarta dodawała serdelki, a piąta jeszcze inne wędliny. Szósta przekładała tacki do maszyny pakującej, siódma i ósma obsługiwały maszynę, dziewiąta przekładała gotowe zestawy do większych pojemników, zaś dziesiąta układała jedne pojemniki na drugich na paleciakach. Kiedy kończyło się miejsce, ktoś wywoził dotychczasową produkcję, ktoś inny uzupełniał zapasy parówek &#8211; i tak to się kręciło przez dwie godziny, aż do pierwszej piętnastominutowej przerwy. Potem od nowa, do przerwy półgodzinnej, a potem już do końca dniówki.<br />
<strong> </strong></p>
<p style="text-align: justify;">
<p style="text-align: justify;"><strong>Być może brzmi to prosto i przyjemnie, ale w praktyce okazuje się inne. P</strong>rzede wszystkim przez osiem godzin stoisz w miejscu, pomiędzy pudłami z zapasem wędliny a taśmą. Jedyne ruchy, jakie wykonujesz, to skręt tułowia w lewo, zanurzenie ręki w pudle, skręt w prawo, wyłożenie kiełbasy na tackę. W temperaturze pięciu stopni na minusie. W takich warunkach stawy sztywnieją, mięśnie bolą, a przy odchodzeniu od stanowiska całe ciało skrzypi jak zardzewiała maszyna. Przerwa obiadowa w połowie zmiany wydaje się zbawieniem, zwłaszcza że żarło w stołówce, przyrządzane przez miłego Węgra, było niedrogie i smakowało wybitnie. Koniec przerwy kojarzył się jednak z wizytą w ostatnim kręgu piekła. Zwłaszcza jeżeli była zmiana produkcji i drużynę przerzucano np. na drób.</p>
<p style="text-align: justify;">
<p style="text-align: justify;"><strong>Na drobiu pakowało się indyki lub kurczaki</strong>. Stanowisk było sporo, ale miałem nieszczęście zaliczyć każde z nich. Oto dwa &#8220;najlepsze&#8221;.</p>
<p style="text-align: justify;">
<p style="text-align: justify;"><strong>Pierwsze:</strong> tragarz, czyli osoba przerzucająca martwe ptaki z wielkich kontenerów do maszyny &#8220;namaślającej&#8221;, następnie do dużych pudeł, i rozwożąca je do linii produkcyjnych. Pudła trzeba było przenosić na spore dystanse, każde ważyło 20-30 kg. Po godzinie takiej roboty pękały plecy, a od stania przy maszynie z masłem włosy i ubranie przesiąkały tłuszczem. Po powrocie do domu spodnie były sztywne jak tektura i śmierdzące. No cóż, przynajmniej będąc tragarzem trudno było zmarznąć.</p>
<p style="text-align: justify;">
<p style="text-align: justify;"><strong>Drugie </strong>ciekawe stanowisko to przerzucacz, czyli niewolnik wywalający namaśloną padlinę z pudła na tacki. Ptaki w pudłach pływały w lodowato zimnym maśle, a wyjmowało się je rękami w cienkich, gumowych rękawiczkach, więc wesoła to ta robota nie była. Teoretycznie fabryka dawała specjalne rękawiczki zatrzymujące ciepło, ale na zakład zatrudniający kilkaset osób było ich może ze dwadzieścia par. Poruszenie palcami po dniówce w roli przerzucacza graniczyło z cudem.</p>
<p style="text-align: justify;">
<p style="text-align: center;"><img class="size-full wp-image-1004 aligncenter" style="border: 10px solid black;" title="by kodomut" src="http://blog.jobexpress.pl/wp-content/uploads/2009/11/by-kodomut-360x239-custom.jpg" alt="by kodomut" width="360" height="239" /></p>
<h6 style="text-align: center;">foto: kodomut</h6>
<p style="text-align: justify;">
<p style="text-align: justify;"><strong>Słówko należy się także ludziom, z którymi pracowaliśmy.</strong> W większości byli to młodzi Polacy, w mniejszości &#8211; starzy Polacy. Była też jedna Czeszka, mająca u nich spore powodzenie. Choć fabryka była &#8220;polskim obozem pracy&#8221; (pracowało tam tak wielu &#8220;naszych&#8221;, że specjalnie dla nich wszelkie tablice informacyjne przetłumaczono na polski), to chłopcom i dziewczynom z nadwiślanego kraju nieraz trudno było utrzymać nawet pozycję najmniej ważnego z trybików. Przez, jakby to ująć, polski charakter.</p>
<p style="text-align: justify;">
<p style="text-align: justify;"><strong>Rzucanie się żywnością</strong> czy gonitwy po hali produkcyjnej to nie były zachowania, jakie wyrabiały pochlebną opinię u żółtych i zielonych, ale soli naszej ziemi najtrudniej przychodziło&#8230; ehm, utrzymywanie higieny. Otóż niemal wszyscy mieli nieprzyjemny nawyk niemycia rąk po skorzystaniu z toalety, co w fabryce żywności nie jest uznawane za bardzo pozytywną cechę. Trudno zliczyć, jak wiele osób wyleciało z hukiem w kilkanaście sekund po tym, jak zauważono że wychodzą z kibelka bez skorzystania z umywalki. Cóż, przynajmniej zrobiło się luźniej. Wszystkim ulżyło, bo na taśmach już chodziły słuchy, że szykują się zwolnienia&#8230;<br />
<em><strong><br />
C.D.N.</strong></em></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://blog.jobexpress.pl/2009/11/24/wyprawa-na-inna-planete-cz-2-jak-kurczak-w-masle/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>3</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Wyprawa na inną planetę, cz.1</title>
		<link>http://blog.jobexpress.pl/2009/11/17/wyprawa-na-inna-planete-cz-1/</link>
		<comments>http://blog.jobexpress.pl/2009/11/17/wyprawa-na-inna-planete-cz-1/#comments</comments>
		<pubDate>Tue, 17 Nov 2009 14:07:15 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Michał Puczyński</dc:creator>
				<category><![CDATA[Poradnik poszukiwacza pracy]]></category>
		<category><![CDATA[anglia]]></category>
		<category><![CDATA[praca za granicą]]></category>
		<category><![CDATA[saksy]]></category>
		<category><![CDATA[uk]]></category>
		<category><![CDATA[wielka brytania]]></category>
		<category><![CDATA[wyjazd za pracą]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://blog.jobexpress.pl/?p=951</guid>
		<description><![CDATA[Przygody na saksach opisuje nasz anonimowy czytelnik.
Niedawno wróciłem z Wysp. Pojechałem tam oczywiście do pracy &#8211; w ciemno, nie mając narajonej roboty ani zapewnionego mieszkania. W portfelu trzymałem głównie drobne i zdjęcia rodziny. A jednak nie byłem jednym z naiwniaków, którzy, choć nie znają ani słowa w obcym języku, pchają się za granicę, gdzie przeżywają [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p style="text-align: justify;"><em>Przygody na saksach opisuje nasz anonimowy czytelnik.</em></p>
<p style="text-align: justify;"><strong>Niedawno wróciłem z Wysp. Pojechałem tam oczywiście do pracy &#8211; w ciemno, nie mając narajonej roboty ani zapewnionego mieszkania. W portfelu trzymałem głównie drobne i zdjęcia rodziny. A jednak nie byłem jednym z naiwniaków, którzy, choć nie znają ani słowa w obcym języku, pchają się za granicę, gdzie przeżywają czołowe zderzenie z rzeczywistością. Oto historia wyprawy na inną planetę. Może przydać się komuś, kto ma nadzieję szybko dorobić się na saksach.</strong></p>
<p style="text-align: justify;">
<p style="text-align: center;"><img class="size-full wp-image-953 aligncenter" style="border: 10px solid black;" title="by jinja ninja" src="http://blog.jobexpress.pl/wp-content/uploads/2009/11/by-jinja-ninja-320x380-custom.png" alt="by jinja ninja" width="320" height="380" /></p>
<h5 style="text-align: center;">foto: Jinja Ninja</h5>
<p style="text-align: justify;"><strong><br />
</strong></p>
<p style="text-align: justify;"><strong>W podróż wyruszyłem z żoną &#8211; oboje mieliśmy jako taką wprawę w posługiwaniu się lengłydżem i dużo dobrych chęci. </strong>Skoro innym się udało, czemu mielibyśmy być gorsi, right? Mieszkanie znaleźliśmy szybko i nie było to zbyt trudne &#8211; wystarczyło wejść do kafejki internetowej, znaleźć coś do wynajęcia i zadzwonić do landlorda. Tanio nie było, ale ten, kto liczy na niedrogie lokum w UK, musi być ogromnym optymistą. W każdym razie &#8211; jak dotąd wszystko wyglądało jak najlepiej &#8211; rozpakowaliśmy manatki, zaczęliśmy szukać pracy, a w kieszeni zostało jeszcze trochę groszą (a konkretniej &#8211; ok. 700 funtów).<span id="more-951"></span></p>
<p style="text-align: justify;"><strong>Następnym krokiem było wypytanie tambylców o metody szukania pracy</strong>, bo te, jak się okazało, nieco się różnią od polskich (czyli &#8220;idź do teścia, może coś załatwi&#8221;). Zaznaczmy w tym miejscu, że razem z małżowiną postanowiliśmy trzymać się z dala od polactwa, które rozpleniło się w UK, szerząc nasze najgorsze obyczaje. Wiecie, że Polaka w Anglii łatwiej usłyszeć niż zobaczyć? To dlatego, że &#8220;słowa przestankowe&#8221; wykrzykuje się tam znacznie głośniej niż w kraju. Pewnie wszyscy uważają, że nikt ich nie rozumie. No cóż, nie chciałem naszych zacnych rodaków wyprowadzać z błędu, toteż przechodząc obok zawsze udawałem, że jestem rodowitym Anglikiem. Pewni szczerbaci dżentelmeni ze Śląska do dziś nie wiedzą, że przez rok mieli krajana za sąsiada.</p>
<p style="text-align: justify;"><strong>Wracając do sedna &#8211; w UK pracy szukaliśmy przez JobCentre, czyli tamtejszy urząd pracy</strong>. Znajome? Może. Tylko że u nich ta instytucja posiada zarówno prezencję, prestiż, jak i wysoką skuteczność. Zapomnijcie o kolejkach i wielomiesięcznym wyczekiwaniu. To działa tak: wchodzicie do oddziału, na komputerowym terminalu znajdujecie oferty pracy, drukujecie je i korzystacie z darmowego telefonu, by umówić się na rozmowy kwalifikacyjne. Po kwadransie miałem ustalone dwa spotkania.</p>
<p style="text-align: justify;"><strong>Szybko okazało się jednak, że życie w UK nie jest tanie.</strong> Nawet rezygnując z podstawowych przyjemności, takich jak butelka coli, straci się fortunę &#8211; np. na jazdę autobusem. Dla przeciętnego Polaka bilety będą wydawały się niedorzecznie drogie. Choć wygoda podróżowania nowoczesnym &#8220;piętrusem&#8221; jest nieskończona, fakt pozostaje faktem: jeżdżąc na spotkania z rekruterami, srogo się wykosztujesz.</p>
<p style="text-align: justify;"><strong>Po kilku dniach podróżowania od firmy do firmy zaczęliśmy się martwić.</strong> Pracy jeszcze nie było, a oszczędności topniały w oczach. Najtańsza żywność z Tesco też nie wpływała dobrze na nasze nastroje&#8230; Choć tu akurat trzeba przyznać, że jeśli chcesz stołować się tanio, to w Brytanii nic nie stoi na przeszkodzie &#8211; pod warunkiem, że masz wyrozumiałe podniebienie. Fundusze były jednak pożerane przez rachunki (które musieliśmy opłacić z góry za kilka tygodni) czy konieczność dokupienia paru ubrań (nie macie pojęcia, jak bardzo wietrzny i wilgotny to kraj).</p>
<p style="text-align: justify;">
<p style="text-align: center;"><img class="size-full wp-image-952 aligncenter" style="border: 10px solid black;" title="by Meri Tosh" src="http://blog.jobexpress.pl/wp-content/uploads/2009/11/by-Meri-Tosh-350x263-custom.jpg" alt="by Meri Tosh" width="350" height="263" /></p>
<h5 style="text-align: center;">Najobrzydliwsze pożywienie na świecie; foto: Meri Tosh</h5>
<p style="text-align: justify;">
<p style="text-align: justify;"><strong>Doszliśmy zatem do punktu, w którym będąc bez pracy zaczęliśmy zastanawiać się, czy nie wydać reszty pieniędzy na bilet powrotny do Polski</strong>. To jednak oznaczałoby nieopisaną porażkę. I tak, w pewną niedzielę, wieczorem, ekstremalnie zmotywowany do znalezienia pracy, natrafiłem w Internecie na ogłoszenie o stanowisku w prowadzonym przez Armię Zbawienia domu starców. Chwyciłem za telefon i nie zważając na porę zadzwoniłem, by wypytać o szczegóły. Odebrała pani o imieniu Louise, która udzieliła mi informacji w sposób tak miły i uprzejmy, że moja motywacja wybiła dziurę w suficie. Następnego ranka obudziłem się gotów do działania, instynktownie czując że Salvation Army to właśnie to, czego szukałem. Miałem świadomość, że proces rekrutacji potrwa, ale wiedziałem, że warto czekać.</p>
<p style="text-align: justify;"><strong>I wtedy zadzwonił telefon. </strong>Ktoś z agencji pracy informował nas, że możemy zostać zatrudnieni w fabryce. Od zaraz.</p>
<p><em>C.D.N.</em></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://blog.jobexpress.pl/2009/11/17/wyprawa-na-inna-planete-cz-1/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
	</channel>
</rss>
